Ostatnio zastanawiałam się, dlaczego tyle mówi się o polityce prorodzinnej, a tak niewiele robi się w naszym kraju, aby faktycznie Polki i Polacy chcieli się rozmnażać. Znajoma zza zachodniej granicy powiedziała mi kiedyś, że ona na pewno nie będzie miała dzieci, ponieważ Niemcy to kraj „nielubiący” tychże. Pytam się zatem, co i jak należy powiedzieć na temat regulacji chociażby samego prawa pracy w Polsce?
Ale nie o tym chciałam pisać i nie marudzenie ma być przedmiotem moich przemyśleń. Chodzi bardziej o retorykę i sposób przedstawiania rzeczywistości, którą kreują przodownicy życia społecznego, politycznego, a więc: media, politycy, korporacje czy też nawet różnorodne społeczności.
Do pracy wracają zatem mamy, przy wsparciu psychicznym rodzin, dzieci i systemu. Wiele mówi się także o ich samopoczuciu, które nagle wznieść się powinno na wyżyny hedonizmu, bo przecież oto mama zaczyna być „aktywną” mamą. Cóż, wcześniej byłyśmy, drogie mamy, na… wakacjach. Nic nie robiłyśmy i tak naprawdę nasze mózgi potrzebują twórczego pobudzenia. Wszystko po to, abyśmy (nagle) stały się produktywnymi i wartościowymi członkami społeczności pracowniczej.
Wszystko super. Tylko gdzie zatem usprawnienia, które przydałyby się, aby odciążyć mamę pracującą choćby od części obowiązków, którymi borykała się „siedząc” w domu. Miejsca w żłobkach i przedszkolach, dojazdy do pracy, ulgi podatkowe- wszystko to (i wiele więcej) jest bolączką mam, które nagle przejmują ster nad życiem zawodowym i domowym jednocześnie.
A gdzie jest pan mężczyzna? Nikt go nie pyta, jak wygląda jego powrót do pracy. Owszem, mężczyzna najczęściej z niej zwyczajnie nie odszedł, nie ma przerwy w wykonywaniu jakże istotnych obowiązków, nie jest „obciążony” dzieckiem i zadaniami domowymi. Oczywiście, że nadużyciem jest to co piszę. Wierzę, że jest wielu mężczyzn, aktywnie uczestniczących w rodzicielstwie i obowiązkach z tym związanych. Jednak z punktu widzenia pracodawcy mężczyzna nie ma absolutnie żadnych „domowych” zobowiązań, a narodziny dziecka nie umniejszają jego wartości jako pracownika oraz nie upośledzają jego produktywności i zadaniowości. To kobieta staje się nagle „mniej dyspozycyjna”.
Zatem mały apel do tych, którzy kształtują nasze opinie i postrzeganie świata. Zanim po raz kolejny przygotujecie chwytliwe hasło lub temat dyskusji w porannym programie zastanówcie się, czy znowu nie klasyfikujecie młodej mamy jako jedynej osoby odpowiedzialnej za swoje dziecko. Pomyślcie, czy po raz kolejny nie krzewicie przekonania wśród pracodawców, iż młoda mama to pracownik mniej wydajny i taki, do którego trzeba „dokładać”, gdyż pracuje na dwóch etatach. Ten „drugi etat” to jednak często współpraca obydwojga rodzicieli (przynajmniej tak być powinno)…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz